***
Dobra, może jednak nie. Odeszła, zostawiając mnie przy grobach. A może to ja ją zostawiłem...? Nie, ja nie. Sama chciała!
- Aaaa! - darłem się nie mogąc opanować myśli. Po kilku godzinach moich męki wstałem, i opanowany jak gdyby nigdy nic się nie stało powędrowałem na obrzeża lasu. Ujrzałem tam wysokie drzewo, na które - ze zmęczenia - powolnie wspiąłem się. A właściwie wpełzłem. Ten solidny dąb górował nad innymi roślinami dzięki czemu mogłem zobaczyć najbliższą okolicę. Widziałem ludzi na placu zabaw. Byli szczęśliwi. Bawili się. Echo rozniosło do mnie ich głośny śmiech. Chwila, chwila... byli szczęśliwi?! I wschodzi słońce?! Przecież, przecież...
- To ja jestem nieszczęśliwy! Oni też powinni tacy być! I powinien zapanować mrok, gdy ja się smucę! - zdzierałem gardło, ale i tak pewnie mało kto mnie słyszał. Spełzłem z drzewa, i pobiegłem do dwóch chłopców. Ciekawe kto to był.
- Wy... - rzekłem oburzony ze sztywnymi ramionami. Gdy już chciałem się na nich rzucić spojrzałem tylko szybko na ich twarze.
~ Jak to?! ~ pomyślałem. Emily rozmawiała z jakiś chłopakiem? Co?! Ostatkiem sił pobiegłem z dala od nich, byleby ich nie widzieć. Gdy już się zmęczyłem padłem na ziemię krzycząc, płacząc, wariując. Zacząłem zdzierać swoje ubranie, i gryźć się.
- Aaaa! - krzyczałem znowu.
<Emily? Nie gadaj, że to twoja rodzina ;D>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz